Książka

Recenzja Karoliny <3

Droga Karino,
pozwolę sobie na tę bezpośredniość, mimo iż „jeszcze” się nie znamy. Trafiłam na Twoje konto Taka Ja Marynarza dzięki mojej kuzynce, która namiętnie Cię obserwuje, a co za tym idzie…prawie każdy post wyświetla się na mojej tablicy.
Kupiłam dzisiaj Twoją książkę…nie mogłam usiedzieć w pracy by jej nie otworzyć. Wróciłam do domu i (jak się później okazało) zrezygnowałam tego dnia z obiadu, bo Twoja historia pochłonęła mnie całkowicie. Leżę teraz w łóżku (na szczęście kolacja mnie nie ominęła) i mam w głowie milion myśli. Od jej przeczytania minęły już cztery godziny, a ja stwierdziłam, że zanim do Ciebie napiszę to prześpię się z tymi myślami…niestety. Nie wiem dlaczego, ale mam nieodparte wrażenie, że jestem Ci coś winna, że te łzy żalu, które wylałam czytając Twoją historię są jakimś moim usprawiedliwieniem. Ale przed czym? Gdy to wszystko się działo miałam zaledwie kilka lat. Dzisiaj jako kobieta, mężatka, wykładowca mam szerokie spojrzenie na wszystko, co się wokół dzieje. Zastanawiasz się pewnie, dlaczego mam poczucie winy…otóż:
Z wykształcenia jestem pielęgniarką. Po pierwszym roku studiów stwierdziłam, że ten zawód nie jest dla mnie. Studiów jednak nie przerwałam (do dziś nie wiem dlaczego…widocznie tak miało być). Kolejne lata studiów niosły za sobą doświadczenia i pracę z różnymi pacjentami. A ja…stawałam się coraz lepsza…i studia ukończyłam z wyróżnieniem…mając już wtedy na koncie kilka publikacji w czasopismach medycznych. Po studiach poszłam do pracy…de facto…na oddział rehabilitacyjny w Poznaniu (z resztą mam dziwne wrażenie, że wiesz w jakim szpitalu). Po kilku miesiącach zrezygnowałam z pracy, bo tak jak Ty czułaś się skrzywdzona, tak ja byłam rozgoryczona…z różnicą, że ja stałam po drugiej stronie lustra. Niestety swoje odbicie, które w nim widziałam nie napawało mnie optymizmem. Bałam się, że stanę się taka…taka jak w Twojej książce. Zdążyłam się bowiem nauczyć, że lata przepracowane w szpitalu zabierają człowiekowi wrażliwość…zabierają uśmiech…zabierają spokój. I pozostaje taka dziwna pustka, którą ciężko wypełnić czymkolwiek. Pozostają sytuacje, w których przechodzisz z zadartym nosem obok bezdomnego potrzebującego pomocy i myślisz „Też mi coś! Ludzie mają w życiu gorzej niż On!”. To niekiedy prawda, ale niestety powoduje, że człowieka ciężko jest zaskoczyć jakimkolwiek cierpieniem…A każdy ból pacjenta wydaje się mniejszy niż u Pana X, każdy krzyk jest cichszy niż krzyk Pana X, każde rany wydają się być czystsze niż rany Pana X. Tylko, że Pan X nie istnieje. I czekają na jego pojawienie się. Na pojawienie się Pana X, który
swym bólem, krzykiem i ranami kogokolwiek zaskoczy. Ale Pan X nigdy nie nadchodzi…a jego „lżejsze” postacie wzbudzają emocje jedynie u studentów.
Po rezygnacji z pracy złapałam oddech. Dowiedziałam się wtedy, że moja pojemność płuc jest o wiele większa niż myślałam. Już wtedy od ponad 1,5 roku pracowałam w Medycznej Szkole Policealnej jako wykładowca, więc nie martwiłam się zbytnio o finanse. Wstałam rano i mogłam oddychać. Dzisiaj wiem, że podjęłam najlepszą (jedyną) decyzję, jaką mogłam podjąć. Dziękowałam wtedy Bogu za siłę, którą mnie obdarzał, gdy kładłam wypowiedzenie na stół mojej przełożonej. Zdarzało się, że słyszałam, że szkoda moich lat studiów…żeby teraz odejść z zawodu. Wiesz…myślę, że szkoda moich lat życia, aby w nim trwać. Kijem Wisły nie cofnę, ale dopóki personel będzie poniżany tak jak obecnie i dopóki trwać w nim będą ludzie, którzy boją się alternatywy i własnych emocji…nic się nie zmieni. Tak jak 20 lat temu…tak jest po dziś dzień.
Obecnie pracuję w firmie medycznej, w której mam do czynienia z pacjentami po laryngektomii (w wyniku nowotworu krtani) i mimo, iż nie jest to zajęcie pielęgniarskie…to te kilka lat studiów, których niekiedy jest mi żal…wdarły we mnie umiejętności, których (mimo porzuconego „zawodu”) nie da się ze mnie tak po prostu wyjąć.
Gdy czytałam o Twoich marzeniach odnośnie córki, śmiałam się przez łzy pamiętając Twoje zdjęcie w 21 tygodniu ciąży. Twój Anioł Stróż (Twoja Oma) musi mieć spore chody u Pana Boga, że wywalczyła sobie czuwanie nad Tobą! 
Dzisiaj chciałabym Ci życzyć, aby szwy Twojego charakteru nigdy nie puściły. Życzę Tobie, Twojemu Piotrowi oraz Waszemu dziecku zdrowia…takiego zdrowia, abyś jedyne pieniądze, jakie na nie przeznaczała to te wydawane na syropki, gripexy i witaminki. Życzę Wam takiej Miłości, jaką się dziś obdarzacie…i takiej, jaką obdarzać się będziecie jutro. Kiedyś przeczytałam, że „Największym darem jest przebaczenie. Tam, gdzie nie chce się przebaczać od razu powstaje mur…od muru zaś zaczyna się więzienie”. Życzę Ci więc, abyś już nigdy więcej nie poczuła zimna tych cegieł, tej izolacji…tego muru…
Karolina

Karolina 🙂

Karina Kończewska

Kobieta z blizną, żona marynarza.Mama wymarzonej Laurki